Gdy o rozmowę w sprawie Rosomaka poprosił mnie dyrektor jednego z departamentów MON, spodziewałem się czegoś innego. O wątpliwościach dotyczących procedury przetargowej na wybór kołowego transportera opancerzonego pisała wcześniej szeroko prasa.
Rozmowa dotyczyła jednak odmiennego tematu. Odporności balistycznej.
Był rok 2006. Kilka miesięcy wcześniej zostałem Pełnomocnikiem MON ds. Procedur Antykorupcyjnych. Zaczynała się najważniejsza sprawa w mojej karierze.
Sygnaliści
W trakcie pełnienia funkcji pełnomocnika zgłaszali się do mnie ludzie ze sprawami, którymi – ich zdaniem – powinienem się zainteresować. Dzisiaj nazwalibyśmy ich sygnalistami.
Niektórzy byli z resortu, inni z zewnątrz. Jedni występowali pod nazwiskiem, inni przekazywali informacje anonimowo. Do dziś pamiętam rozmowę z oficerami, którzy zadzwonili na mój służbowy numer z budki telefonicznej.
Niektóre sygnały się potwierdzały, inne nie. Jedne były motywowane interesem publicznym, inne były próbą wciągnięcia w jakieś intrygi lub pragnieniem eliminacji konkurencji. Jeden z przedsiębiorców skarżył się, że wymusza się na nim łapówki. Po zbadaniu sprawy okazało się, że to on powoływał się na wpływy w resorcie i próbował wymuszać zapłatę za prace budowlane, które nie zostały jeszcze wykonane.
Z tamtego okresu został mi pewien zwyczaj: nie komentuję afer bez zapoznania się z dokumentacją sprawy. Prawda może leżeć zupełnie gdzie indziej, niż to wynika z doniesień medialnych.
Odporność balistyczna
Przetarg na wybór kołowego transportera opancerzonego (KTO) dla naszych sił zbrojnych został rozstrzygnięty jeszcze za poprzedniej ekipy, przed moim przyjściem do resortu.
W jego wyniku wybrano transporter AMV fińskiej firmy Patria.
Jednym z zadań KTO jest ochrona przewożonych żołnierzy. W NATO poziomy ochrony „mierzy się” za pomocą odpowiedniej normy STANAG. Określa ona poziom odporności pojazdu na różnego typu pociski i miny.
(STANAG to cały system norm natowskich, dotyczących różnych sfer obronności. Od uzbrojenia – po poziom znajomości języków. Zajmuje się tym NATO Standardization Office).
W procedurze zakupowej zamawiający określa poziom odporności, na którym mu zależy, a dostawca jest zobowiązany taki poziom zapewnić.
Skąd wiadomo, że dany produkt spełnia wymagania w zakresie ochrony żołnierzy? Trzeba to oczywiście przetestować. I tu dochodzimy do sedna sprawy.
Informacje od sygnalisty dotyczyły właśnie nieprawidłowości przy testowaniu odporności balistycznej Rosomaka.
Testy przeprowadzono w następujący sposób: producent dostarczył blachę pancerną, z której produkowany jest transporter. Komisja te blachy ostrzelała. Wynik był pozytywny, test odporności został zaliczony.
Brzmi dobrze?
Brzmi.
Ale nie jest.
Sygnalista zaczął mi tłumaczyć istotę sprawy. Transporter jest zbudowany z wielu takich płyt pancernych i innych elementów wyposażenia. Blachy trzeba ze sobą połączyć. Odporność balistyczna spojenia może być zupełnie inna niż środka płyty. Dla bezpieczeństwa żołnierzy znajdujących się w transporterze najważniejsze jest, aby pociski wystrzelone przez nieprzyjaciela nie penetrowały do wnętrza pojazdu. A więc także, aby nie znajdowały sobie drogi między płytami czy innymi elementami wyposażenia.
Sprawdzić to można tylko w jeden sposób: poddając testom, czyli ostrzeliwując, kompletny egzemplarz pojazdu. Tak, jak to będzie robił przeciwnik podczas prawdziwej walki. Dopiero w trakcie takich testów mierzymy odporność balistyczną transportera – czyli stopień ochrony żołnierzy.
Testy
Argumenty sygnalisty mnie przekonały. Poszedłem z notatką do ministra.
Minister Sikorski uznał, że sprawa jest niezwykle ważna ze względu na planowaną misję w Afganistanie. Zaakceptował koncepcję przeprowadzenia testów finansowanych przez MON. (Było to istotne dla zapewnienia ich rzetelności).
Metodykę badań przygotował Wojskowy Instytut Techniczny Uzbrojenia z Zielonki.
W gabinecie wiceministra Zająkały wylosowaliśmy egzemplarz do badań.
Przeprowadzono je, pod nadzorem przedstawicieli ministerstwa, na poligonie w Nowej Dębej.

Prasa
Decyzja o przetestowaniu odporności balistycznej Rosomaka spotkała się z histeryczną reakcją niektórych branżowych dziennikarzy. (Nie wszystkich – oddaję honor tym, którzy zachowali dziennikarski profesjonalizm). Było to dla mnie dużym zaskoczeniem.
Wśród argumentów padały i takie: „Jakie przepisy w MON pozwalają na zniszczenie bez uzasadnionego powodu uzbrojenia wartego kilkanaście milionów złotych? Z pełnym wyposażeniem, nie mającym żadnego wpływu na wyniki testu. Czyżby marnotrawienie w ten sposób pieniędzy podatników było związane z jakąś „procedurą antykorupcyjną”? Nie wystarczyło zapytać ekspertów?”
Pojawiały się także fantastyczne informacje, że do przeprowadzenia testów z broni strzeleckiej zaangażowano snajperów GROM. „Na jednym z testów snajper trafił w uszczelkę drzwi i ta rozpadła się. Podniósł się wówczas lament, że pojazd jest dziurawy niczym durszlak”. (Ani snajperów, ani GROM-owców na testach nie było).
Wyniki i decyzje
Badania wykryły szereg słabych punktów transportera. Niektóre obszary nie zapewniały odpowiedniego poziomu ochrony żołnierzy przed typową bronią strzelecką, którą dysponowali talibowie.
Wymagania określone w natowskiej normie i zamówieniu nie były spełnione.
Za wynikami badań poszła kolejna decyzja: transporter trzeba dopancerzyć przed misją.
Kolejny rok to poszukiwanie rozwiązań i negocjacje z firmami. Bumar wybrał ostatecznie izraelskiego Rafaela.
I tu, na spotkaniu z inżynierami tej firmy, o mało co nie doszło do powtórki z rozrywki. Izraelscy specjaliści zaproponowali początkowo zastosowanie płyt ceramicznych, które mają wymaganą odporność balistyczną na środku, ale niższą na brzegach płyty. Dopiero asertywne „nie – takie rozwiązanie nas nie interesuje”, sprawiło, że po namyśle zaproponowali rozwiązanie z płytami pancernymi.
Dopancerzony prototyp poddano kolejnym testom, w 2007 roku. Odporność była już znacznie lepsza, ale wykryto jeszcze pewne niedoróbki. Dzięki testom do ostatecznej konfiguracji wprowadzono dodatkowe poprawki.
Ostatecznie na misję pojechał Rosomak mocno przebudowany w stosunku do pierwowzoru. Dodatkową ochronę balistyczną montowano już na miejscu. Kosztem utraty pływalności, która w Afganistanie nie była istotna.

Zielony diabeł
Jak sobie radziła wersja afgańska KTO?
Przez dwa lata talibowie nie byli w stanie zniszczyć pojazdu i zagrozić jego załodze. Radził sobie z pociskami z broni strzeleckiej, RPG i „zwykłymi” IED (improwizowanymi ładunkami wybuchowymi). Do pierwszego skutecznego ataku i pierwszej ofiary śmiertelnej doszło dopiero we wrześniu 2009 roku. Talibowie podłożyli IED o wadze ok. 100 kg, który mógłby zagrozić nawet czołgowi.
O innym ataku pisał Tygodnik Polityka 21 grudnia 2009:
„Na jedną z takich min pułapek wjechał dziś o godzinie 14.00 rosomak. Ponad 20-tonowy wóz pancerny aż podskoczył do góry. Najbardziej ucierpiał kierowca, starszy szeregowy Krzysztof F. Wstępna diagnoza – złamania lewej ręki i nogi.
Kolejnym poszkodowanym w tym zamachu jest transporter opancerzony rosomak. Żołnierze nazywają je pieszczotliwie rośkami. Talibowie mówią na nie zielone diabły. Jedni i drudzy zgadzają się co do jednego – gdyby nie rosomaki, polskie rodziny opłakiwałyby nie szesnastu, ale może nawet sześćdziesięciu Polaków.”
Ostatecznie w trakcie całej misji afgańskiej poległo 44 polskich żołnierzy, a 361 zostało rannych.
Jakie byłyby straty, gdyby sygnalista nie dał impulsu do przetestowania i dopancerzenia Rosomaka?
Możemy przyjąć, że dzięki sygnaliście przynajmniej setka polskich żołnierzy została ocalona przez śmiercią lub trwałym kalectwem.
A co na to prokuratura?
Niektórzy z czytelników zastanawiają się może, czy opisanymi nieprawidłowościami zajmowała się prokuratura?
Tak. Ten sam sygnalista, jeszcze za poprzedniej ekipy w MON, zawiadomił o problemach także wojskową prokuraturę. W ówczesnym okresie była ona zresztą częścią resortu obrony narodowej.
Od strony dowodowej wydawałoby się, że sprawa jest prosta. W przetargu były określone wymagania. Wpłynęło zawiadomienie, że zakupu dokonano bez rzetelnego sprawdzenia spełnienia tych wymagań. Tak naprawdę prokuraturze pozostawało tylko sprawdzić, czy odbiór przedmiotu zamówienia był prawidłowy, czyli czy potwierdzono, że zamówiony transporter spełnia wymagania określone w specyfikacji.
Prokuratura wojskowa powołała jednak biegłych, którym zadała pytania nie mające żadnego związku z prawidłowością dokonanego odbioru. Na przykład: „czy KTO Rosomak jest nowoczesnym transporterem”? „Czy przyjęcie go na uzbrojenie podniesie zdolności operacyjne sił zbrojnych w porównaniu z dotychczasowym sprzętem?” (Pytania parafrazuję z pamięci).
W reakcji na złożone zawiadomienie na sygnalistę nasłano kontrolę z Departamentu Kontroli MON. Kontrolerzy nie stwierdzili jednak nieprawidłowości w kierowanym przed niego departamencie.
Samo śledztwo po kilku latach zostało ostatecznie umorzone. Paradoksalnie – działania sygnalisty i dopancerzenie Rosomaka ułatwiło winnym uniknięcie odpowiedzialności karnej. Gdyby w słabo opancerzonych pojazdach zginęło 60 żołnierzy – szkoda dla interesu publicznego i prywatnego byłaby ewidentna i trzeba by było znaleźć winnych.
Dygresja
Fińska Patria została oskarżona o stosowanie praktyk korupcyjnych przy sprzedaży swoich transporterów do Słowenii, Chorwacji i Egiptu.
Lokalnym śledczym udało się doprowadzić do skazania m.in. byłego premiera Słowenii Janeza Janšy (wyrok ostatecznie uchylony w wyniku kasacji) oraz chorwackiego generała Vladimira Zagoreca (7 lat pozbawienia wolności).
Sprawy wniesione przez fińskich prokuratorów przeciwko prezesom Partii zakończyły się wyrokami uniewinniającymi.

Ustawa nie ułatwia podobnych zgłoszeń
Ustawa o ochronie sygnalistów wchodzi w życie 25 września.
Wśród obszarów wyłączonych z jej stosowania znajdujemy m.in.:
- zamówienia w dziedzinach obronności i bezpieczeństwa, które zostały wyłączone ze stosowania Prawa zamówień publicznych (ustawę stosuje się jednak do zamówień obronnych udzielanych w trybie PZP),
- umowy offsetowe
- inne środki podejmowanych w celu ochrony podstawowych lub istotnych interesów bezpieczeństwa państwa na podstawie art. 346 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej – co w praktyce przekłada się na produkcję i handel uzbrojeniem o sprzętem wojskowym.
Wyłączenie to jest zgodne z przepisami dyrektywy o ochronie sygnalistów.
Czy jednak leży w interesie polskiej obronności?
Przykład sygnalisty od Rosomaka wskazuje raczej, że w tym obszarze warto z sygnalistami współpracować i warto zapewniać im ochronę.
Cóż, ustawę zawsze można znowelizować.
Promujmy pozytywne historie
Ustawa o ochronie sygnalistów wywołuje spore emocje.
Wiele osób niesłusznie uważa, że promuje donosicielstwo. Inni podnoszą, że jest to jakiś kolejny wymysł unijny, chociaż prawną ochronę sygnalistów wynaleziono w Stanach Zjednoczonych.
Utożsamianie sygnalisty z donosicielem może być poważniejszym problemem, niż niedoskonałe procedury zgłoszeniowe.
Warto więc promować autentyczne historie sygnalistów. Zwłaszcza takie, które skończyły się pozytywnym zakończeniem.
To może cię zainteresować:
Aby nie przepuścić kolejnych artykułów
… i profesjonalnych nowinek zapisz się do mojego newslettera:
Jeśli nie widzisz formularza zapisu – kliknij tutaj, aby go wyświetlić. (Oprogramowanie blokujące reklamy lub ciasteczka mogło go ukryć).


